dom od kuchni Główna

I JAK IGNACY

Wytęskniony, wtargnął w nasze życie. Rozpanoszył się i czerpie życie pełnymi garściami. Biega, krzyczy, piszczy i gada. Gada wciąż jak najęty. Uśmiechnięty, skory do żartów i wpatrzony w brata jak w obraz. Jego pojawienie się na świecie, to sprawka Mikołaja. To on prosił, przekonywał, namawiał. W końcu pomógł podjąć trudną decyzję, którą z różnych przyczyn odkładaliśmy w nieskończoność.

Gdy powiedzieliśmy wreszcie Mikołajowi, że będzie miał rodzeństwo ujął nas ogromnie, gdy patrząc mokrymi od łez oczkami powiedział: „Dziękuję”. To słowo i to spojrzenie rozwiało wszelkie wątpliwości i obawy. Już wówczas wiedzieliśmy, że większa rodzina, to decyzja najlepsza z najlepszych.

Czy na początku mieliśmy obawy? Ogromne.

Martwiliśmy się, czy damy radę. Sam Mikołaj wymaga poświęcenia mu czasu, więc gdzie w tym wszystkich znaleźć jeszcze czas dla drugiego dziecka? Jak pogodzimy zajmowanie się starszym synem, pomaganie mu w lekcjach, jazdy na rehabilitację, ćwiczenia w domu, wyjazdy na narty, wycieczki itp. z zajmowaniem się niemowlakiem?

Nasze obawy budziła też ewentualna różnica wieku pomiędzy przyszłym rodzeństwem. Dwa do pięciu lat to norma, ale żeby aż dziesięć!? To wydawało nam się po prostu aż trudne do wyobrażenia…

Wiedzieliśmy, że pojawienie się malucha to totalna dezorganizacja domu. A my już nauczyliśmy się wygody… Weekendowe spanie do 9., poranna wspólna kawa i pogaduchy, wyjazdy do kina, na wycieczki, narty… Woleliśmy nawet nie myśleć, jak to będzie…

Sen z oczu spędzało nam to, czy Mikołaj nie będzie zazdrosny. Nie o uwagę i poświęcenie czasu. Ale o sprawność…

Największe jednak obawy związane były z tym, czy wszystko przebiegnie normalnie, czy nie powtórzy się historia sprzed kilkunastu lat.

Ten strach, ta niepewność towarzyszyła nam przez 9 miesięcy. Mimo tego, że zdecydowaliśmy, że nasze drugie dziecko przyjdzie na świat otoczone najlepszymi fachowcami, lekarzami ze Szpitala Specjalistycznego Nr 2 w Bytomiu, to i tak nerwy nie opuszczały nas do końca. Baliśmy się, baliśmy się tak po ludzku, bo wiedzieliśmy, że drugi raz nie przeżylibyśmy tego samego… To przecież ten strach spowodował, że zwlekaliśmy z tą decyzją aż do tej pory…

Cały okres ciąży byłam na zwolnieniu. Musiałam bardzo dużo leżeć i odpoczywać. Zapomnieć o stresie i tempie, w jakim do tej pory żyłam. Moja obecność w domu miała jednak pozytywy wpływ na Mikołaja. Wreszcie miałam dla niego czas. Bardzo dużo czasu. Na powolne budzenie do szkoły i tulenie na dzień dobry, na szykowanie śniadania i towarzyszenie mu przy jedzeniu, na poranne masażyki buzi i języka, na przygotowywanie ulubionych potraw, wspólne odrabianie lekcji, zabawy i rehabilitację. Miałam czas, który nie przerywała dzwoniąca wciąż komórka ani otwarty laptop, wzywający do wysłania maila. Byłam wreszcie mamą, która zawsze ma czas. Uczucie – nie do opisania. Wiele razy rozmawialiśmy o dzieciątku, które miało się pojawić, wspólnie, we troje, oglądaliśmy zdjęcia z USG i porównywaliśmy z tymi, zrobionymi 10 lat temu. Tłumaczyliśmy Mikołajowi, że tak samo oczekiwaliśmy jego przybycia i tak samo cieszyliśmy się na nie, jak teraz na przyjście rodzeństwa.

Początkowo Mikołajowi było obojętne, czy to będzie brat czy siostra, jednak z tygodnia na tydzień perspektywa posiadania brata wydawała się zdecydowanie atrakcyjniejsza. Siostrę, jak nam tłumaczył, bardzo by chciał, ale starszą od niego. A niestety, tego marzenia spełnić nam się nie udało…

Wreszcie potwierdziliśmy – będzie syn. No i zaczął się dylemat, jakie powinien dostać imię. Wybór był nie lada wyzwaniem, by trzeba było pogodzić kilka osób – nie tylko naszą trójkę, ale i… Tymka, no bo Miki oświadczył, że przecież to będzie także i jego brat, więc i on musi zdecydować. Na początek zakomunikował nam ze smutną miną, że będziemy mieć nie lada problem, bo najlepsze imię, czyli Mikołaj, jest już zajęte. Na szczęście znalazł wyjście z tej – wydawać by się mogło – patowej sytuacji. Pewnym, nieznoszącym sprzeciwu głosem, Mikołaj oświadczył, że już ma imię dla brata. Władysław. Nasze zdziwienie szybko zostało zaspokojone – to po Dziadku, co prawda Dziadek ma na imię Andrzej, ale na drugie ma Władysław. I dlatego więc Władysław, żeby się nie pomylić. Tak nam wyjaśnił nasz starszy syn… Delikatnie, by nie urazić, postanowiliśmy zasugerować też inne rozwiązanie… Wspólnie przewertowaliśmy kalendarz. I to wtedy naszą uwagę przykuł Ignacy. Ignacy, Ignaś, Igi, Igula, Ignacek – zdrobnień co niemiara. Myśląc o tym imieniu, potrafiliśmy wyobrazić sobie maleńkiego Igusia, Ignasia, rozrabiakę Ignacka, nastolatka Igiego i dojrzałego mężczyznę, pana Ignacego. Chcąc jednak zadowolić zarówno Mikołaja, jak i Tymka, zaproponowaliśmy nietypowe rozwiązanie. Pierwsze imię: Ignacy, drugie: Mikołaj i wyjątkowo trzecie: Tymon. Kompromis został osiągnięty.

Kiedy Ignacy przyszedł na świat, następnego dnia od razu przyjechał zobaczyć go starszy brat. Nie obyło się bez łez ze szczęścia. Toteż leżąc w szpitalnym łóżku, tuliłam dwudniowe maleństwo i Mikołajka, który teraz dwukrotnie bardziej potrzebował czułości.

 

Pojawienie się Ignasia wywróciło nasz dom do góry nogami. Musieliśmy nauczyć się dzielić czas pomiędzy dwóch synów. Dbaliśmy o to, by Mikołaj nie poczuł się odsunięty, by czasem do głowy mu nie przyszło, że Ignaś – w pełni sprawny – jest dla nas ważniejszy. Wiele naszej uwagi wymagało obserwowanie tego 11 – latka, jak sobie radzi w nowych okolicznościach. Mimo nowych obowiązków i chronicznego niewyspania, bardzo dużo czasu poświęcaliśmy na rozmowy. Dyskusje o tym, jak teraz zmienia nam się życie i porównywanie do tego, co nastąpiło, gdy na świecie pojawił się Mikołaj. Wciąż szukaliśmy porównań i analogii, niezmiennie podkreślaliśmy o ogromnej miłości, zarówno do starszego, jak i nowo narodzonego syna.

Trochę obawialiśmy się, jak Mikołaj zniesie to, że nagle przestanie być w centrum zainteresowania naszej rodziny i znajomych. Oczywiście, gdy tylko ktoś nas odwiedzał, przedstawialiśmy nowego członka rodziny, ale staraliśmy się, by tej prezentacji dokonywał Mikołaj, który tym samym wciąż mógł być grać pierwsze skrzypce.

Niezależnie od tego ustaliliśmy z nim, że gdyby kiedyś poczuł się zazdrosny, to powie mi o tym podczas naszych łazienkowych (kiedyś o nich napiszę) rozmów. Jak dotąd tylko raz zasygnalizował chęć skupienia na sobie większej uwagi.. Także sprawność brata nie budzi w nim zazdrości. Bo Igi też ćwiczył (lekka asymetria), a teraz korzysta z Mikołaja pierwszych książeczek logopedycznych, by wspomóc mowę (nie mamy z nią problemów, to raczej robione jest ze względu na Mikołaja).

Mikołaj od samego początku bardzo aktywnie włączał się w opiekę nad bratem. Pomagał przy toalecie, podawał butelki, pieluszki, dbał, by młodszy brat był przykryty, miał ciepłe rączki i przytulankę obok siebie. To on, razem z Tymkiem, towarzyszyli nam w pierwszym spacerze Ignasia. I tak jest do dziś.
Mikołaj sam wkłada Ignasiowi bluzy i sweterki – oczywiście pod naszym czujnym okiem – zakleja pieluchę, ba, nawet wyrzuca ją do kosza, co przy jego wstręcie do brudnych rzeczy jest nie lada wyczynem. Wkłada mu buty, karmi owocami i podtrzymuje kubek. Bawi się z nim – oczywiście o ile zabawki Ignasia tak go nie pochłoną, że zapomina o młodszym bracie.

A Ignaś rośnie i z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc z coraz większym uwielbieniem patrzy na starszego brata. Gdy tylko obudzi się, wybiega z pokoju i w te pędy biegnie do pokoju Mikołajka. Trzeba wówczas gnać co sił w nogach, by zdążyć przed nim, gdyż inaczej od samego progu krzyczy: „Mimi, wstawa!”, rzuca się do jego łózka, obcałowuje go. Stara się naśladować go we wszystkim. Rano musi być – tak, jak Mikołaj – ubrany, usiąść do śniadania i zjeść dokładnie to samo, co on. Dzielnie sekunduje mu przy myciu zębów i patrzy, jak go masuję. Potem – z niezwykłą dumą – przynosi jego plecak do przedpokoju, obcałowuje i robi ”papa”. Popołudniami wielokrotnie, niczym taran, atakuje drzwi pokoju Mikołaja, by mieć na niego oko. Wciąż robi remanent w jego skarpetkach i przymierza buty.

 

Nie wyobrażamy sobie życia bez tych dwóch trzpiotów. Ancymonów, uparciuchów, darciuchów i nerwusów. Bez tych mokrych buziaków, przytuleń i małych rączek obejmujących nasze twarze.

Pojawienie się Iganasia – mimo, że na początku pełne obaw i strachu – było oczyszczeniem. To małe dziecko, ten maleńki człowieczek wlał w nasze serca spokój. Trudno ten stan opisać, ciężko jest wyrazić słowami to, co czujemy, ale po traumatycznym przeżyciu związanym z przyjściem na świat Mikołajka, jego pojawienie się zamazało tamten koszmar. To jakby raz jeszcze narodził się i Mikołaj. Ale teraz już bez komplikacji.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz