Główna noce i dnie

SZCZĘŚCIARA

Zrozumiałam to. Dotarło to do mnie, gdy idąc ulicą patrzyłam na poranne promienie słońca, które z coraz większą śmiałością przedzierały się między blokami i ciepłem otulały moją twarz. Może to one spowodowały, że uśmiechnęłam się do siebie. Nie wiem. Tak czy owak, gdy z uniesioną głową i radością, która zdawała się wypełniać całe moje ciało mijałam obcych ludzi, ci, jakby zarażeni słonecznym wirusem, odwzajemniali uśmiech i życzyli miłego dnia. Spojrzałam w niebo rozświetlone majowym słońcem. Poczułam, że jestem naprawdę szczęśliwa.

Szczęśliwa. Szczęśliwa mimo wszystko.

Mam dom. Prawdziwy dom, który przepełniony gwarem czasem zamiera na kilka chwil. Ta niczym niezmącona cisza oznacza tylko jedno – kłopoty. Trzeba wówczas gnać co sił, by natychmiast być blisko Ignasia, który na pewno ten moment wykorzystuje do rozwijania kreatywności (niekoniecznie zbieżnej z naszą). Mam dom, który tworzyliśmy kawałek po kawałku, dobierając rzeczy i sprzęty, by odzwierciedlały nasze dusze. Dom, który żyje razem z nami, raz czysty i pachnący świeżym ciastem, innym razem wycieńczony dziecięcymi swawolami i przesiąknięty przypalonym sosem, który został zapomniany w ferworze codziennych zajęć. Taki normalny, zwykły dom, który jest miejscem poznawania świata i poligonem doświadczalnym dla naszych dzieci. Miejscem, które łączy przeszłość – wszak to tu mieszkali kiedyś moi Dziadkowie, potem Rodzice – z teraźniejszością.

Mam rodzinę. Upragnioną, wymarzoną, czteroosobową. I choć męskie grono nieźle daje mi czasem w kość, to świadomość, że ich mam, każe mi od czasu do czasu uszczypnąć się, by upewnić, że to nie sen.

Mam najbliższych, którzy są z nami zawsze i w trudnych chwilach trzymają nas mocno, byśmy mieli siłę stawić czoło losowi i wyzwać go na pojedynek.

Mam szczęście.

***
„Mama, mama, moja mama” – powoli dociera do mnie jego głos. Zmuszam się do otwarcia oczu Czwarta. Mam wrażenie, że dotarcie do łóżeczka, które stoi przy naszym łóżku trwa wieczność. Już po chwili małe, rozgrzane snem ciałko wtula się słodko we mnie. Za moment wielkie, niebieskie oczy wpatrują się w moją twarz. Butelka z ciepłym mlekiem czasem załatwia sprawę. Nie tym razem. Tego poranka Ignaś chce wcześnie rozpocząć dzień. Spacyfikowanie trwa trzy kwadranse. Po tak długim głaskaniu i nuceniu „ciiiii” w końcu usypia w naszym łóżku. Zasypiam wraz z nim.

6.05. Trzeba szykować śniadanie dla Mikołaja. W grę wchodzą tylko: biały ser ze szczypiorkiem, kiełbaska na gorąco, jajecznica z szyneczką, kromki z pastą jajeczną lub tosty. Gdy czasem pojawiają się kanapki jest spore rozczarowanie… Mikołaj ma swoje ulubione posiłki, ot co. Ignaś towarzyszy mi dzielnie siedząc w foteliku. Wpatruje się jak kroję chleb przypominając, że porcje muszą być dwie: dla Mika i dla niego. Szykując śniadanie dla tych dwóch, niewielki kuchenny blat dzielę z Marcinem, który przygotowuje sobie poranne przekąski. Dużo, bo to, że Igi wcina swój posiłek nie oznacza, że wzgardzi tym, przygotowanym przez tatę.

6.20 Pierwsze budzenie Mikołaja. I tradycyjne: „zostaw mnie, jeszcze trochę”. W tym czasie Ignaś daje buziaki tacie na pożegnanie w imieniu swoim i brata i mówi mu „no to pa”.

6.30 Drugie budzenie Mikołaja. „Ciągle tylko wstajemy i wstajemy. Kto wymyślił tak wcześnie lekcje! Ja śpię” – słyszę prawie co dzień. Odsyłam go wówczas do Pani Dyrektor, by umówił się z nią na rozmowę i omówił kwestię zmiany planu.

6.35 Ostateczne ściągnięcie z łóżka. Wspiera mnie Ignaś, który z impetem wpada do pokoju brata i piszcząc „Titi wstawa” wspina się na łóżko, rzuca na Mikołaja i obcałowuje. Jeśli to nie zdaje egzaminu pozostaje brutalne rozwiązanie: wchodzę ze zraszaczem wypełnionym ciepłą wodą (Marcin pokłada się ze śmiechu i mówi, że specjalnie podgrzana). Ta opcja sprawdza się wyśmienicie. Nigdy nie musiałam jej wykorzystać – wystarczy tylko widok zraszacza w mojej dłoni i tym razem Mikołaj pokładając się ze śmiechu pionizuje się raz, dwa, trzy.

Viktoria! Mikołaj zwleka się z łóżka i podąża do łazienki. Od tego momentu czas zdecydowanie przyspiesza. Poranna toaleta, ubieranie, śniadanie. Koniecznie wspólne, z Ignasiem na kolanach. To dość trudny moment, bo gdy Mikołaj jest rozespany, często drży mu rączka i trudno chwyta mu się widelec czy kanapkę. Toteż karmiąc Ignasia, trzeba pomóc i starszemu. O 7.00 do drzwi puka Dziadek, który odprowadza Mika do szkoły. Przyspieszamy. Mycie zębów, masaż twarzy, ubieranie, buziaki na pożegnanie.

Uffff. Chwila dla siebie. Razem z Igim robię sobie kawę i owsiankę, którą – jak wszystko – jemy na pół. Bawiąc się w chowanego ogarniamy mieszkanie, tzn. układamy po przejściu porannego tajfunu. Spacer i sen (Ignasia, nie mój). Dwie godziny przechadzki czasem zamieniają się w bonus w postaci dwóch godzin wolnego, bo Dziakowie porywają wówczas wnuka i spacerują z nim osiedlowymi alejkami. Wtedy ogrom wolnego czasu powoduje wzrost adrenaliny – rozładowuję ją nadrabiając domowe zaległości. Kradnę – o ile mam ją jeszcze w zanadrzu – chwilę na pisanie.

Potem przygotowywanie obiadu, sprzątanie – oczywiście razem z Igim . Zajęcia urozmaicają wspólne śpiewy i zabawy, bieganie za maluchem, który ma niesamowitą zdolność bezszelestnego przemieszczania się i znikania w oka mgnieniu. To też czas na balkonowe swawole. Ignaś uwielbia myć podłogę, tak więc nasza balkonowa lśni czystością. Chwilę spokoju zapewnia mi… odkurzacz. Wyciągnięty na środek pokoju jest najlepszą zabawą, która jest w stanie spacyfikować ancymona na dwa kwadranse. To wystarczy na postawienie domu, kuchni i siebie do ostatecznego pionu.

14.30 Przyjście Mikołaja zwiastuje wkroczenie w kolejny etap dnia. Po zupie i odpoczynku robimy lekcje. Przynajmniej część.

16.30 Przyjście Marcina oznacza najprzyjemniejszy czas. Rozpoczyna go wspólny obiad okraszony rozmowami, karmieniem, bieganiem, krzykiem, piskiem, płaczem, śmiechem. Krótki odpoczynek i zaczynamy czas popołudniowych zajęć – ustalamy podział ról: lekcje z Mikołajkiem lub zabawa z Ignasiem. Po dniu z najmłodszym chętnie siadam do lekcji. Wyjątek stanowi tylko angielski (po latach używania francuskiego angielszczyzna w moim wykonaniu brzmi na tyle fatalnie, że nie chcę nią skazić młodego umysłu) i czasem matematyka (ale ciiiii). Czas lekcji to trudny okres. Gdy Mikołaj wcześniej nie zaplanuje dnia zabawy, oglądania, grania itp. wówczas jest szansa, że zadania domowe zostaną odrobione w tempie błyskawicy. Przyswojenie materiału także pójdzie jak z płatka. Jeśli jednak zadania pokrzyżują plany naszego syna, wówczas armagedon lekcyjny gotowy. Uśmiechnięte dziecko, które jeszcze pięć minut wcześniej śmiało się i bawiło, niczym jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przemienia się w znudzonego, zblazowanego nastolatka patrzącego z pogardą na świat, w którym ktoś wymyślił zadania domowe. Dobrnięcie wówczas do końca jest zadaniem wagi ciężkiej. Nie raz, nie dwa zmieniamy się Marcinem przy biurku, bo cierpliwość wystawiona na próbę oblewa test z kretesem. W takie dni, gdy udaje nam się zakończyć lekcje, już najwyższa pora na kolację…

O 19.30 Ignaś idzie spać. Teoretycznie zasypia o 20.00, ale są i takie dni, gdy nadmiar wrażeń i emocji utrudnia mu sen, ten nadchodzi zazwyczaj o 21.00. O tej porze także i Mikołaj jest już w łóżku. Po kolacji, myciu , przygotowaniu do szkoły układa jeszcze swoje przytulanki i obcałowany przez nas idzie spać. To pierwsza chwila, by wspólnie usiąść i porozmawiać. „Mamoooo” – słyszę sceniczny szept rozlegający się z pokoju. Nic wielkiego, Mikołaj przypomniał sobie, że na następny dzień musi przynieść różne papiery ozdobne, wstążki, karteczki itp. bo będą robić ozdoby. Oj tam, oj tam, przecież to dopiero 21.30, mama zdąży coś wymyślić. To fakt, przewidując takie historie mam zawsze w szafce rzeczy zbyteczne tzn. kolorowe papiery różnych gramatur, przeróżne wstążki i sznureczki, naklejki, taśmy, i całe mnóstwo ozdób, które w takich jak ta chwilach ratują mi życie.

Spokój. Cisza… czyli czas na prasowanie. Wszyscy dbamy o to, byśmy wieczorami zbytnio nie nudzili się, prania zwykle jest na tyle, że co drugi dzień prasowanie ubarwia nam wieczór. To wówczas też – o ile żelazko nie zwycięży – mam już wreszcie czas na pisanie.
Nasz dzień kończymy przed północą. Z obawą ogromną, by nie zapeszyć, muszę przyznać, że ostatnio śpimy całą noc. Ostatnio, to znaczy od tygodnia. Bo wcześniej Ignaś serwował nam wedle uznania albo jedną pobudkę o 2.00, która przeradzała się w przerwę w spaniu do 4.00, albo kilka 10. minutowych przerw. Co gorsze? Nie wiem. I jedno i drugie prowadziły do tego, że rano bardziej przypominaliśmy zombi niż siebie…

Zwróciliście uwagę, że w naszym dniu nie ma specjalnego czasu na rehabilitację? Otóż mamy inne sposoby. Oczywiście pomijając poniedziałkowy wyjazd do Pani Teresy i codzienne masażyki. Bo my, moi Drodzy, nauczyliśmy się rehabilitację i logopedię wplatać w życie. Bo czym innym, jak nie ćwiczeniami są codzienne zajęcia typu zakręcanie butelki, wyjmowanie ze zmywarki sztućców, składanie serwetek, segregowanie i składanie skarpetek, zabawa lego, wieszanie prania itp.? Warunek jest jedynie taki, że w pracach uczestniczą obie ręce i odpowiednio ułożone dłonie (bardzo tego pilnujemy i wciąż zwracamy uwagę, gdy podczas zajęć Mikołaj zapomina o prawidłowym chwytaniu). Także logopedia stała się codziennością. Koncert, czyli śpiewanie i tańce usprawniają płynną mowę. Ćwiczenia oddechu, które normalnie byłyby zmorą, serwowane jako gra z bratem na harmonijce i gwizdanie na gwizdku stają się świetną zabawą. Tak samo jak zlizywanie z łyżki smakołyków przygotowywanych w kuchni, wspólne wygłupy przed lustrem, przedrzeźnianie się, uczenie Ignasia posyłania całusków. O wiele przyjemniejsze jest układanie wymyślonych budowli z lego city niż ćwiczenie paluszków, więcej wrażeń dostarcza jazda na hulajnodze niż mozolne ćwiczenia na macie.

***

Mam dom. Mam rodzinę. Mam szczęście.

2 komentarze

  • Reply
    Asia
    30 maja 2018 at 06:15

    Macie wspaniały dom. A zwłaszcza dzieciaki-są przecudowne!!!posty Igusia pobijają wszystko

    • Reply
      Ola Marzyńska
      1 czerwca 2018 at 06:50

      Ancymony dwa:) oj, nie wiemy co to nuda…

    Dodaj komentarz