Główna kreacje-wariacje

WITAJ SZKOŁO

Tak. Naprawdę. Naprawdę lubię końcówkę wakacji i ten czas, gdy w powietrzu czuć już zapach zbliżającego się września. Lubię ten czas szykowania się do powrotu do nauki, gromadzenia zeszytów, ołówków, linijek, książek. Lubię ten lekki niepokój, jaki towarzyszy rozpoczęciu nowego roku szkolnego.

Ostatni weekend przed pierwszym dzwonkiem minął nam w ekspresowym tempie. Był to melanż ostatnich wakacyjnych przyjemności, podsumowań i wspomnień, ale i pierwszych szkolnych obowiązków.

Mikołaj, mocno jeszcze tkwiąc w wakacyjnym rytmie dnia, nie mógł nam darować pobudki o ósmej rano. „Jak to, czemu tak wcześnie, ja chcę jeszcze spać!” – ledwo wydusił z siebie zaspany, gdy nie bacząc na sobotni ranek ściągaliśmy go z łóżka. To przyzwyczajanie do końca beztroskiego snu trwa u nas od dwóch niemalże tygodni. Mikołaj, znany w rodzinie miłośnik długiego spania, ma spore trudności z dostosowaniem się do szkolnego rytmu ze względu na poranną pobudkę. Dla niego 6.30, czyli czas wstawania, gdy ma na ósmą do szkoły, to środek nocy. To dlatego od kilku lat stosujemy – sprawdzoną i działającą u nas metodę – czyli spokojne, sukcesywne przyzwyczajanie do zmiany rytmu dnia. Od połowy sierpnia Mikołaj wita dzień coraz szybciej. Każdego ranka o kilka minut wcześniej zaglądam do pokoju i zachęcam do powiedzenia „Dzień dobry” nowemu dniu. I choć nie zawsze spotyka się to z entuzjazmem, wiem, że tylko dzięki temu uniknie szoku, jakim byłoby z dnia na dzień pozbawienie go możliwości wyspania się.

Z niemałym zaskoczeniem muszę przyznać, że inny przewidywany przeze mnie rodzaj szoku towarzyszący wejściu w szkolny świat został zneutralizowany. I to Mikołaj sam rozbroił tę bombę. Czytanie dotąd stanowiło mały problem. Bo Mikołaj owszem, chętnie sięgał po książki, ale te, które pozwalały mu znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania bądź dotyczyły fascynującej go dziedziny. I tak cały czas mógł szperać i czytać o starożytnym Egipcie, przeszukiwać odmęty, by wyczytać coś więcej o Atlantydzie, czy archeologii. Z nieco mniejszym zapałem sięgał do lektur i podrzucanych mu – wydawało się – interesujących książek. Aż do wakacji… To chyba Mikołajka koleżanka ze szkolnej ławy pożyczyła mu tę książkę. „Kroniki archeo” Agnieszki Stelmaszczyk okazały się tak nęcącą przynętą, że nasz syn dał się złapać na haczyk. Dzięki przygodom młodych bohaterów Mikołaja pochłonęło czytanie. Wołami nie mogliśmy odciągnąć go od lektury. Z dnia na dzień coraz szybciej i szybciej dochodził do końca książki. I choć początkowo czas potrzebny na przeczytanie jednego rozdziału był spory (z uwagi na problemy z mową, czytanie po cichu – które jeszcze jakiś czas temu stosował – trochę niestety trwało), z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień ten czas ulegał skróceniu. Efekt przeszedł nasze oczekiwania. Wakacje zaowocowały przeczytaniem (samodzielnym!) sześciu książek! To dla nas absolutny rekord. Bo oprócz „Kronik archeo”, które wprowadziły naszego syna w rodzaj uzależnienia, na liście znalazły się też dwie lektury z piątej klasy.

Ta sytuacja jest niezbitym dowodem na to, że książka – odpowiednio dobrana i polecona – jest tak silnym magnesem, że nie ma odpornych, każdego prędzej czy później przyciągnie. Trzeba tylko wytrwałości i szukania tego, co nasze dzieci jest w stanie oczarować i sprawić, że nieświadomie wpadną w sidła literatury.

Z tymi sidłami trzeba jednak zachować sporo ostrożności, bo w domu na takiego małolata czyha sporo pułapek …

Wiem, co mówię, bo Mikołaj notorycznie wpada – nie, przepraszam, on już tam tkwi i wyrwać się nie potrafi – w kleszcze nałogu składania LEGO (więcej o tym przeczytacie tu: http://supermanhouse.pl/index.php/2018/06/05/legoterapia/.) Przez całe wakacje, każdą wolną chwilę, jaka była pomiędzy czytaniem, pływaniem, zabawą z Tymkiem, wyjazdami etc. wykorzystywał na budowanie. Ta obsesja – nazwijmy rzecz po imieniu – ma jedną dobrą stronę, bo uczynnia ręce i jest fenomenalną terapią dłoni. Dlatego czasem zagryzałam wargi ściągając po raz tysięczny pudełka i pomagając zestawić na podłogę gotowe już budynki. Ale – przyszła kryska na Matyska! W szale zabaw z Tymkiem i eksplozji pomysłów (hitem było nagrywanie filmu „Starożytne dziecko Egiptu” – film, którego akcja toczyła się w mieście LEGO) obaj doszli do wniosku, że warto odbudować te wszystkie pojazdy, które dotąd, przez kilka już lat leżały rozczłonkowane w pudłach. I tak rozpoczęła się nowa era. Era segregowania. Każdy, kto miał/ma do czynienia z tymi klockami wie, że nic tak nie cieszy, jak składanie i rozkładanie, składanie i rozkładanie.Dopiero potem przychodzi – ze względu na „nie chce mi się już w to bawić” – wrzucenie sterty klocków do pudelka do złożenia „na później”, które jakoś nie chce przyjść…

Z segregowania klocków wyszło jednak sporo dobrego. Zabawa okazała się fajną nauką i okazją do pogaduch. No bo przecież segregacji pudeł chaotycznie powrzucanych klocków nie da się zrobić byle jak. Najpierw trzeba ją mądrze rozplanować. Razem musieliśmy ustalić, do czego będziemy wrzucać poszczególne elementy i ile potrzebujemy na to pudełek. No i tak, zupełnie nieświadomie, otarliśmy się o matematykę. Sprytna mama zdecydowała, że najlepszym rozwiązanie będzie zaopatrzyć się w pudełka z sześcioma przegródkami – a jakże – z IKEA. I tak, chcąc nie chcąc, musieliśmy stanąć oko w oko z tabliczką mnożenia. Mikołaj dzielnie liczył, ile rodzajów klocków będziemy mogli posegregować w 2, 4, 7, czy 9 pudełkach. Mnożył, dodawał, dzielił. I – o dziwo – nie grymasił, nie narzekał, że mu się nie chce, że nienawidzi tabliczki mnożenia. Dzięki segregowaniu LEGO dostrzegł, że coś tak zohydzonego, jak głupia tabliczka mnożenia, może być przydatne w zabawie. Śmialiśmy się potem i obiecywali sobie, że gdy już w roku szkolnym będziemy musieli mierzyć się z matematyką, rozłożymy klocki, bo dzięki nim logiczne, matematyczne myślenie staje się łatwiejsze.

Tych postanowień było w ten weekend trochę więcej. Bo rozmowy przy stole zdominował powrót do szkoły. Planowaliśmy to, jak zagospodarujemy czas, by starczyło go nie tylko na szkolne obowiązki, ale i konieczne przyjemności. A ponieważ rozciągnięcie doby nie wchodzi w grę, znów musimy w tym roku dokonać ekwilibrystycznych ruchów, by pogodzić naukę z rehabilitacją, basenem, angielskim, zabawą i zwykłym, rodzinnym życiem (w tym i obowiązkami). Ale to nic trudnego, mamy w tym już wprawę.

Co do obowiązków, to jeszcze trochę z tych „pierwszodzwonkowych” zostawiliśmy na koniec. Na deser, czyli na niedzielne popołudnie, Mikołaj zarezerwował sobie układanie w szkolnej szafce. Zgodziłam się, choć muszę Wam przyznać, że ręce świerzbiły mnie niesamowicie, bo nieład, jaki przez wakacje w niej panował, przyprawiał mnie o szybsze bicie serca… Jednak postanowiłam sobie, że nie, odtąd już nie będę tego robiła za niego, bo jak sam nie zacznie odczuwać potrzeby uporządkowania swoich rzeczy, to każdorazowe układanie prze mamę stanie się wygodną alternatywą. W kilku przypadkach ta metoda zadziałała toteż zdecydowałam się ją zastosować i tym razem. Czy zda egzamin? Mam taką nadzieję…

No dobra, przyznam się, że tym razem i ja zostawiłam coś na ostatnią chwilę. W niedzielny ranek z odmętów szafy wyciągałam Mikołajowe koszule… Z lękiem zerknęłam na białą – 138, niebieską -140, w niebieską kratkę – 148. Nieco przerażona zawołałam właściciela owej odzieży i rozpoczęliśmy przymierzanie. Biała wyglądała całkiem nieźle, jeśli miałaby posłużyć za obcisły strój nurka. Z kolei niebieska pasowała rewelacyjnie, niemniej rękawy śmiało odsłaniały wyrośnięte nadgarstki… Ratunkiem okazała się ostatnia. Z ulgą wzięłam się za prasowanie…

No to zaczynamy….

Brak komentarzy

Dodaj komentarz