dom od kuchni Główna

ZALOTY

Zaczęło się od rzuconego ukradkiem spojrzenia. Wzrok nieśmiało przesuwał się po pełnych, kuszących kształtach. Zatrzymywał na moment, by uchwycić i zatrzymać w pamięci ten widok. Po dłuższej chwili, jaka potrzebna była na pieszczotę wzrokiem, przyszedł czas na dotyk. Najpierw nieśmiały, jakby z obawy przed zranieniem, delikatny… Ta subtelna pieszczota pozwalała dłoniom przyzwyczaić się do chropowatości i łagodności, do aksamitu skóry i krągłości. Potem przyszedł czas na rozkoszowanie się zapachem. Obłędnym, zniewalającym, uzależniającym. Przytulając do twarzy, chłonąc tę wyjątkową woń, oczy same zamykały się, nie chcąc, by ta chwila została zakłócona przez inny widok.

I choć opis ten pasowałby pewnie do innej sytuacji, w tym przypadku okoliczności były bardzo prozaiczne. Targ, owoce i ja. Czerwone maliny, twarde gruszki, rumiane, kuszące swą delikatnością brzoskwinie, czarne, błyszczące porzeczki i śliwki.
To one, bezwstydnie prezentujące swe wdzięki na osiedlowym straganie, od czerwca prowadziły ze mną grę. Flirtowały i kusiły. A ja byłam jak małolata, która przeżywa swe pierwsze miłosne uniesienie: czułam radosne podniecenie patrząc na piętrzące się na stoiskach owoce.
Efekt był taki, że wpadłam po uszy. Wpadłam i oddałam bez reszty przyjemnościom. Oddałam się konfiturom.

W malinowym chruściaku

Na początku były maliny. Zobaczyłam je w deszczowy ranek. Leżały obok dojrzałych pomidorów i subtelnie wabiły swym wdziękiem. Ich karmin wprawiał w zachwyt. Kusił, by wziąć do rąk. Przysunąć do twarzy i pozwolić zanurzyć się w ich uwodzicielskim zapachu.

Zaczęło się od dwóch kobiałek. Potem były kolejne i jeszcze następne. Co kilka dni, przechodząc niby przypadkiem nieopodal, zerkałam ukradkiem na te kusicielki. I moją asertywność trafiał szlag.

To było jak odurzenie, jak nałóg. Kuchnia powoli zapełniała się gorącymi słoikami, w którym pysznie prezentowały się malinowe soki i konfitury.

Dopieszczane w każdym calu, bez cienia chemii i ulepszaczy, które sztucznie miałyby podkreślać ich walory. W opakowanych misternie słoikach bezwstydnie prezentowały swe wdzięki.

A przepis, przepis ławy tak, że aż uwierzyć trudno…

Sok malinowy mojej Asi

5 kobiałek malin (po 0,5 kg)
1 kg cukru

Delikatnie podgrzewać, a gdy zagotują się, gotować na wolnym ogniu 5 minut.

Opcja 1
Wlewać sok wraz z malinami do słoików. Pasteryzować 10 min. Po wyjęciu z garnka ustawiać słoiki wiekiem do dołu. Przykryte ściereczką zostawić do ostygnięcia.

Opcja 2
Sok wlać do butelek/słoików. Pasteryzować 10 min. Przykryte ściereczką zostawić do ostygnięcia.
Owoce, które zostały w garnku, zagotować. Dodać szklankę cukru wymieszaną z 1 opakowaniem pektyny. Delikatnie wymieszać, gotować 4 min. Włożyć do słoików. Nie pasteryzować.

 

Oczy czarne… czyli porzeczki. Czarne.

Nikt ich nie lubił. Kwaśne i cierpkie. I choć czasem ta ostrość przenikała słodycz, to jej pojawienie się było tylko chwilową atrakcją. Toteż miłość początkowo nie zaowocowała.

Aż przyszedł ten dzień, gdy ujrzałam je na nowo. Były inne, jakby nie podobne do tych, które znałam od lat. W upalny dzień swe czarne, obfite kształty wygrzewały w promieniach słońca.

Miłość, choć nie od pierwszego spojrzenia, rozkwitła pełną parą. Ich smak przenikał do głębi. Pieścił język bogactwem doznań, a słodycz zmieszana z odrobiną cierpkości czule kołysała zmysły.

I choć może – jak na zakochaną przystało – zbyt szybko uwierzyłam na słowo, że świeże i ręcznie rwane, nie przeszkadzało mi to. Chciałam wierzyć w te słowa, które wraz z obrazem, jaki prezentowały, znakomicie się dopełniały.

Na początek były więc 2 kg, potem kolejne i kolejne… Stałam się stałą klientką, której odkładano najsmaczniejsze kąski pod ladę…

A potem, potem dom przesiąkał ich zapachem. Mieszał się z wonią mieszkania, przenikał wszystkie kąty, zniewalał. A na kuchennym blacie przybywało wciąż jednakowych, pękatych słoików, które stały w równym rządku czekając na ciemny nektar mający pojawić się w ich wnętrzu.

Czarna porzeczka de lux

2 kg porzeczki
0.7 kg cukru
1 pektyna

Zagotować owoce z cukrem. Wcześniej odsypać 1 szklankę do wymieszania z pektyną. Gdy owoce będą lekko rozgotowane dodać cukier z pektyną. Gotować na wolnym ogniu ok 4 min. Włożyć do słoików i ustawiać je wiekiem do dołu. Nie pasteryzować.

 

Te, od kompotu

Obraziłam się na nie w ubiegłym roku. Obraziłam i zapowiedziałam, że nie spojrzę w ich kierunku już nigdy. Bo każdy rok i próba zawarcia bliższej znajomości kończyły się przypaleniem garnka, który tak mocno odciskał śliwkowe piętno, że nie sposób go było wymyć i musiał lądować na śmietniku.

Toteż, gdy w tym roku spostrzegłam je niedbale leżące w koszu, pozostałam obojętna. Wybierałam jabłka i dyskutowałam ze sprzedającą je właścicielką sadu. A ta nie mogła znieść chyba tego, że zachwycam się jabłkami, chłonę je wzrokiem i podziwiam zapach nie zwracając najmniejszej uwagi na piętrzące się obok śliwki. I wtedy to zrobiła. Wybrała jedną z nich – dorodną, ani za twardą, ani za miękką, taką w sam raz – i przełamując na pół poprosiła, bym spróbowała. Początkowo wahałam się pomna ich ubiegłorocznej praktyki. Jednak ciekawość wygrała. Wzięłam w dłoń, chwilę trzymałam w lekkim uścisku, przesuwając dłońmi po twardej skórce, zanim podniosłam do ust. Zapach był cudowny. Przywodził nam myśl babciny ogród i beztroskie bieganie wśród traw. Łagodził, uspokajał, kołysał. Spróbowałam jej. Słodko-kwaśny smak zrobiło swoje. Poległam z kretesem.

Aby jednak moja porażka miała nieco łagodniejszy charakter zdecydowałam o pewnym melanżu. Bo czyż jest coś fantastyczniejszego od połączenia śliwek z winnymi gruchami? Spróbujcie sami…

Śliwkowo-gruszkowy raj

2.5 kg śliwek
1.5 kg gruszek
1,5 kg cukru
2 op. pektyny (30 g)

Gruchy pokroić dodać do przełamanych na pół śliwek. Dodać cukier (odsypać 2 szklanki i wymieszać je z pektyną). Gotować do momentu, aż gruszki zmiękną. Można trochę zblendować (ale nie wszystko, bo przepysznie jest czuć na kanapce kawałki owoców). Dodać pozostały cukier i gotować ok 4-5 min. Wlewać do słoików i ustawiać je wiekiem do dołu. Nie pasteryzować.

 

Brzoskwiniowe krągłości

Nie bez kozery są uznawane za najbardziej zmysłowy owoc… Te ich krągłości, delikatna struktura i konsystencja, subtelny, słodkawy zapach… Wabią, kuszą i wciągają w swe sidła.

No to trudno się dziwić, że i ja w nie wpadłam i jakoś wciąż nie mam siły i ochoty z nich się wydostać.

Toteż rośnie ilość konfitur brzoskwiniowych. Są więc i samotne konfitury, ale i smaczne duety. Są też w zalewie, tak by Marcin miał z czym pałaszować wieczorny jogurt.

 

Brzoskwiniowe sam na sam

2 kg brzoskwiń
0.7 kg cukru
1 pektyna

Pokrojone owoce z cukrem gotować do czasu, aż będą puszyście miękkie. Można część zblendować. Dodać resztę cukru z pektyną. Gotować 4 min. Wlewać do słoików i ustawiać je wiekiem do dołu. Nie pasteryzować.

 

Słodki duet brzoskwiniowo-melonowy

1 melon
2.5 kg brzoskwiń
2 op. Pektyny
1.5 kg cukru
Pokrojone owoce z cukrem gotować do czasu, aż będą puszyście miękkie. Dodać resztę cukru z pektyną. Gotować 4 min. Wlewać do słoików i ustawiać je wiekiem do dołu. Nie pasteryzować.

Brzoskwinia w syropie
Cały przepis znajdziecie tu: https://www.olgasmile.com/brzoskwinie-w-syropie.html

 

A potem, potem pozostaje już tylko delektowanie się smakiem tych wszystkich pyszności.

Obiecywałam, że nie wytrzymam i będą przepisy? No to są 😉

2 komentarze

  • Reply
    Reni
    4 grudnia 2018 at 05:31

    Olcia, po słoiku na kiermasz. Na bank się sprzedadzą

    • Reply
      Ola Marzyńska
      14 grudnia 2018 at 22:43

      Będą,będą:)))

    Dodaj komentarz