Główna kreacje-wariacje

TYMEK. REAKTYWACJA

Wszystko zaczęło się od stanowczego „Nie”. „Nie” i koniec, kropka. Na nic przekonywania, na nic zachęcanie i kuszenie. Nic nie zdołało przekonać Tymka do tego, by tak, jak co roku, pojechał z nami na wakacje.

Nie może, bo przecież malutki brat jest w domu, a on nie może go spuścić z oka ani na chwilę, bo przecież mama za bardzo tęskniłaby, no i wreszcie nie może zostawić w domu samego taty, który przecież potrzebuje wsparcia w koszeniu trawy. Cóż było robić. Wszystkie plany i pomysły na dobrą, wspólną zabawę trzeba było zmodyfikować. Mikołajowi też mina zrzedła, bo przecież co zabawa z Tymkiem, to zabawa.
Trzeba było zaakceptować wybór mojego siostrzeńca i pogodzić się z tym, że zamiast trzyosobowej gromadki niesfornych małych mężczyzn, swym czujnym wzrokiem będę otaczała tylko swoich dwóch.

Dwa tygodnie przed wyjazdem na wakacje wpadła do nas Asia z rodzinką (z moimi rodzicami dzielą nas dwa piętra w bloku, więc przyjazd Asi do rodziców, praktycznie oznacza przyjazd do nas wszystkich). Tymek i Mikołaj stanowili nierozerwalny duet, w który raz po raz chciał wkroczyć Ignaś. Ten jednak, wypraszany stanowczym gestem z królestwa starszych braci, musiał zadowolić się maluchem – półrocznym Teosiem. Taka zamiana nie bardzo była mu na rękę, toteż starał się najmłodszemu wybić z głowy (dosłownie) pomysły na zaczepianie go krzykiem, a starszym utrudniał porozumiewanie, waląc w drzwi i krzycząc:„Mikowaja otwiera”. Niestety, owy „Mikowaja” pozostawał niewzruszony.

Tak też mijały nam wspólne dni…

Kilka dni przed wyczekiwanym wyjazdem na urlop niespodziewanie wcześnie rano zastukał do nas Tymek. Co ciekawe, towarzyszyła mu mama z dość nieodgadnioną miną… „Ciociu – zaczął od progu – czy możemy jeszcze poważanie porozmawiać?” Ta powaga i skupienie, ten nieprzenikniony wyraz twarzy pewnie by mnie zatrwożył, gdyby nie porozumiewawcze spojrzenie Asi i błysk rozbawienia w jej oku. „Ciociu, bo ja chciałem spytać, czy ten wyjazd na wakacje jest jeszcze aktualny” – wyjaśnił Tymon. „Wiesz, dziś bardzo wcześnie się obudziłem i myślałem sobie, że mama chyba da radę beze mnie i ja jednak bym pojechał.”- oznajmił. Moja konsternacja trwała raptem chwilę, niemniej ilość myśli, jak przelatywała mi przez głowę trudna była do policzenia. W ekspresowym tempie punktowałam sobie sprawy, które natychmiast trzeba wyjaśnić, by Tymek mógł nam towarzyszyć. Bo to przecież do wyjazdu raptem kilka dni, wszystko zarezerwowane, popłacone, załatwione…

Mikołaj aż piszczał z radości, gdy obaj niezwłocznie zaczęli pakować ekwipunek. Jeszcze tylko Marcin, złapany pomiędzy jednym a drugim spotkaniem, oświadczył, że zanim zacznę obdzwanianie, chce porozmawiać sam na sam z Tymonem.

Jak zapowiedział, tak się też stało. Tymek wyczekiwał Marcina i, gdy ten wszedł do domu, zdążył tylko odłożyć torbę i już obaj zamknęli się w pokoju na dłuższą męską rozmowę. I tu słowo wyjaśnienia… Tymek, to żywe srebro o cudownym serduszku i bujnej wyobraźni. Ten oto małolat jakiś czas temu zauważył, że jego mama nie jest w stanie sama wytrzymać, gdy nie ma go w domu. Płacze, krzyczy, lamentuje. Po prostu tęskni. No i on, jak to straszy syn, po prostu musi jej dotrzymać towarzystwa cały czas. A to, że gdy w drodze do nas, w trakcie jazdy, wypina się z pasów, otwiera drzwi samochodu, biegnie do mamy, by paść jej w ramiona, jednoznacznie wskazuje na wielkie poświęcenie syna w stosunku do matki. No bo i czego innego??? Dlatego Marcin musiał wiedzieć, czy jego mama tym razem na pewno da sobie radę sama. No i okazało się, że tak. Mama – zdaniem Tymka – zdecydowała, że jest na tyle duża i samodzielna, że wytrzyma bez syna dwa tygodnie. Tymek, z powagą przeplataną malującym się na twarzy uśmiechem oznajmił, że wytłumaczył to wszystko wujkowi. W ten sposób temat został zamknięty i dwa dni później, w sobotni poranek, całą piątką wyjeżdżaliśmy nad polskie morze.

Plany były ambitne. Tydzień beztroskiej zabawy w Jarosławcu, a potem krótka podróż i pięć dni na zwiedzaniu, podróżowaniu i odkrywaniu nieznanych miejsc w Gdyni.

Kilkugodzinna podróż nad morze upłynęła nadspodziewanie spokojnie – bez kłótni, płaczu, krzyku itp. Specjalnie przygotowane piknikowe kanapki (co prawda nieco przesadziłam z pikantnością grillowanego mięsa) znikały w buziach chłopaków w te pędy. I to była ta chwila, w której nic nie mówili…

Jarosławiec zaproponował nam upalną pogodą. Nie minęła chwila, a cała trójka już przeczesywała okoliczne zakamarki. Wszystko musieli spenetrować, wszędzie zajrzeć i zobaczyć i zapytać… W tym ostatnim przodował Tymek. Minuta bez pytania już po kilku dniach na tyle nas zaskakiwała, że z niepokojem spoglądaliśmy w jego kierunku. Z uwagi na niezmienną pogodę, która bardziej przypominała upalne lato w Grecji niż nad polskim wybrzeżem, scenariusz każdego dnia powtarzał się z niemal zegarmistrzowską precyzją.

Poranne wstawanie… tu Ignaś dbał o to, by dzień rozpocząć jak najwcześniej. Skoro więc tylko pierwsze nieśmiałe promienie słońca zaczynały wyłaniać się zza horyzontu, ten mały trzpiot od razu uroczym „mamunia, tatunia” zachęcał nas do wyrwania się z objęć snu. I to tylko dzięki naszemu najmłodszemu, każdy dzień witaliśmy przed szóstą rano… Pół godziny później nieśmiało zaglądał do nas Tymek… Z niemałą ulgą witaliśmy jego pojawienie się, gdyż zwiastowało szansę na przymknięcie jednego oka. Tych dwóch wyśmienicie potrafiło się ze sobą bawić… I choć Igi przechodził wówczas etap wydawania z siebie dźwięków, jakich nie powstydziłaby się zarzynana krowa, Mikołaj pozostawał niewzruszony. Grom z jasnego nieba nie był w stanie obudzić nastolatka. Dopiero brutalne odsłonięcie zasłon i obśliniony buziak Ignasia ściągały go z łóżka na tyle wcześnie, że jako jedni z ostatnich załapywaliśmy się na śniadanie.

A to zawsze miało podobny przebieg. Z uwagi na hałaśliwą gromadę, wybieraliśmy stolik na uboczu, co niestety wiązało się z dość dużą odległością od stołu serwującego śniadanie. Po dwóch dniach zastanawiałam się, czy nie warto byłoby włączyć endomondo, by policzyć ile kilometrów pokonywałam przy każdym posiłku przynosząc bułki, soczki, herbatki, jabłuszka, wędlinkę, ciasteczko, widelczyk bo ten, co mieli upadł, i znowu herbatkę i jogurcik.

Po śniadaniu, które – choć przypominało bardziej śniadanie atlety niż dziecka – o dziwo znikało z talerzy tych trzech smyków w ekspresowym tempie, zahaczając o basen, boisko, samochodzik i plac zabawa wracaliśmy do domku, by przebrać się w kąpielówki. Nastawał bowiem czas szaleństw wodnych. Chłopcy – do których zaliczał się i mój mąż – przedpołudnie spędzali doprowadzając swe ciało do maceracji. No, może bardziej Mikołaj, bo Tymek zapałał miłością do zjeżdżalni… Dzięki temu Marcin opanował do perfekcji równoczesny ruch gałek ocznych w rozbieżnych kierunkach. Jako że Tymek, zwolennik zjazdów, spędzał czas trąc pupą o zjeżdżalnie a Mikołaj, odkrywszy urok nurkowania siedział cały czas pod wodą, mój biedny mąż stał pośrodku i miarowo kręcił głową w oba kierunki tak, by ani jednego ani drugiego na moment nie spuszczać z oka. A ja w tym czasie pokonywałam kilometry ze śpiącym Ignasiem. Na nic moje plany, że gdy będzie spał, to książeczka, kawka i takie tam… Nie dało rady. Z chwilą, gdy wózek ze śpiącym maluchem na moment zatrzymywał się, ten, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, natychmiast budził się z oczami jak pięciozłotówki. Nie muszę nikomu, kto ma dziecko tłumaczyć, co oznacza niewyspany brzdąc. Chcą więc tego uniknąć, przez bite dwie-trzy godzinny, nie bacząc na upał i żar lejący się z nieba, pokonywałam kilometry.

Obiad był wytchnieniem. To znaczy dla mnie, bo faceci, z chwilą, gdy tylko przestali moczyć się w wodzie dostawali bóli głodowych i natychmiast musieli usiąść wygodnie i coś zjeść. Wytrzymywali tylko tyle, ile Marcinowi zajmowało dotarcie do nich z przekąskami.
Na obiedzie powtarzał się scenariusz ze śniadania. Nie wiem, jak byli w stanie tyle zjeść. A jedząc dyskutowali już o kolacji i zastanawiali, co też dobrego tym razem będzie i na co na pewno się skuszą.

Popołudnia były zarezerwowane na spacery nad morze. Wyczekiwaliśmy chwili, gdy plaża w Jarosławcu nieco pustoszała, by z uroczą czeladką, wózkiem, kocem, stertą foremek, łopatek, wiaderek, grabek wtoczyć się na brzeg morza.
I zaczynało się budowanie. W tym roku tematem przewodnim była Atlantyda i Egipt. Budowali więc zawzięcie piramidy, wznosili okazałe budowle, a gdy siły ich opuszczały wzywali Marcina, który niczym niewolnik ze starożytnego Egiptu w pocie czoła giął plecy wznosząc piramidy. I nie zrąb czasu unicestwiał z trudem wzniesione budowle. W naszych realiach niszczycielską siłą okazywał się Ignacy, który niczym dziki Hun pustoszył teren burząc wszystko, co spotkał na swej drodze.

Wieczorem wracaliśmy ciężsi o kilogramy piachu znajdujące się w każdym zakamarku wózka, ubrań i naszych ciał. I tylko przymusowe mycie przed kolacją gwarantowało, że ta urocza trójka urwisów nie usypiała przy kolacji. Porcja dodatkowych kalorii i dziecięce drinki – no dobra, po dwóch dniach nawet te o uroczych nazwach „Królewna” i „Barbie” i takiż kolorach znalazły uznanie wśród chłopaków – rozprawiały się ekspresowo ze zmęczeniem. Gratisowe siły pozwalały dokazywać im do 22…

Gdynia przywitała nas kapryśną pogodą. Ale to może dzięki niej trafiliśmy do przeuroczej restauracji włoskiej, prowadzonej przez dwóch przemiłych rodowitych Neapolitańczyków?

Trójmiasto zaoferowało nam inny wypoczynek. Bardzo intensywny pod względem poznawczym. Furorę zrobiło Westerplatte, które podziałało na wyobraźnię chłopaków. Rozmowom i opowieściom nie było końca.

Splotło się to z 1 sierpnia i rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego. Zupełnie przypadkiem natrafiliśmy na miejskie uroczystości i składanie kwiatów. Bliskość marketu pozwoliła wyposażyć podekscytowanych małolatów w wiązanki kwiatów, które sami mogli złożyć przed pomnikiem. Uwieńczeniem tego dnia było spotkanie z panią Krystyną, uczestniczką Powstania Warszawskiego. Ta przemiła kobieta rozmawiała potem sam na sam z Tymkiem i Mikołajem mówiąc im o tym, co w życiu jest najważniejsze. Rozmawiali o silnej, europejskiej Polsce, o wartościach, o byciu Polakiem. Jej uśmiech i słowa zelektryzowały tych dwóch, którzy z przejęciem dyskutowali o poważnych sprawach.

Te wydarzenia tak podziałały na wyobraźnię i serduszka dwóch urwisów, że do końca naszego pobytu przed każdą napotkaną pamiątkową tablicą i pomnikiem schylali głowy, a Tymek, chcąc okazać bezmiar szacunku, przyklękał na kolano. Z niebywałą delikatnością, tak by nie urazić patriotycznych uniesień, musiałam wytłumaczyć, że tabliczce na budynku, informującej o mieszkającym w nim kiedyś znanym człowieku, niekoniecznie musi oddawać hołd…

Wakacje z trójką urwisów nie były łatwe. Niewyspanie i zmęczenie czasem dawały nam w kość. Jednak rekompensowały to wesołe zabawy i uśmiechy tych trzpiotów. To co, że urlop nie do końca była dla nas urlopem pozwalającym na spokój i sen. Zabawa, zaraźliwy śmiech i wspólne odkrywanie świata dało zastrzyk energii, o jakim nawet nie marzyliśmy.

 

Kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką, rodzinne spędzanie wakacji było czymś normalnym. Z jedną ciocią i wujkiem jechała cała gromada po to, by dzieci mogły jak najdłużej cieszyć się wspólną zabawą i „wdychać świeże powietrze”. Cieszę się, że w naszej rodzinie ta tradycja przetrwała. Fajnie mieć rodzinę. I to taką.

4 komentarze

  • Reply
    Asia
    16 września 2018 at 22:31

    Super mieć was moja kochana rodzinka ❤czytajac tekst o moim synku popłakałam się ze śmiechu na samo wspomnienie te jego „skrupuly”w stosunku do mojej osoby i Teocudne

    • Reply
      Ola Marzyńska
      16 września 2018 at 22:54

      On jest boski❤❤❤

  • Reply
    ann
    17 września 2018 at 18:58

    To były niezapomniane wakacje, fajnie 🙂

    • Reply
      Ola Marzyńska
      18 września 2018 at 22:14

      Kapitalne‍!!!

    Dodaj komentarz