dom od kuchni Główna

CZERWONA LINIA

To był jeden z tych gorszych dni. Dni, w których nie wiem, czy to aura ma zły wpływ na moje dzieci, czy ktoś przychodzi w nocy i je podmienia. Jeden z tych, w których obaj zmawiają się ze sobą, że doprowadzą swą mamę do ostateczności.

Zaczęło się już od nocy. Nie należała do spokojnych. Nawoływanie Ignasia o trzeciej nad ranem skończyło się tym, że wylądował w naszym łóżku. Gdy próba uśpienia spełzła na niczym, walczyłam z kopniakami, piąstkami uderzającymi mnie po twarzy i wędrującą pupą, która raz była na moich nogach, innym razem – na głowie.  Usnął dopiero po dwóch godzinach wiercenia się, i gdy o szóstej podniosłam się z łóżka, przypominałam zombie…

Po porannym szaleństwie z budzeniem, szykowaniem śniadań, karmieniem, ubieraniem, przewijaniem, kiedy Mikołaj pogłębiał już swą wiedzę w szkolnej ławce, liczyłam na chwilę względnego spokoju. Niestety. Ignaś wkroczył do akcji. A zaczęło się zupełnie niewinnie. Pomaganie, dreptanie krok w krok za mną. Potem codzienny scenariusz, czyli gotowanie, a więc wyciąganie z szuflady miksera, blendera, garnków, maszynki do mięsa… Kiedy w ręce ujrzałam tłuczek do mięsa, musiałam delikatnie wkroczyć do akcji i łagodnie wyperswadować mu pomysł ubijania podłogi… I zaczęło się. Początkowe „Niee, nieeeee, nieeeee” przemieniło się w krzyk, który od pewnego czasu jest znakiem rozpoznawczym naszego młodszego syna. No i muchy w nosie Ignasia rozpanoszył się na dobre. Zły jak osa biegał z prędkością błyskawicy, ledwo wyrabiając się na zakrętach. I psocił. Psocił cały czas. A to – gdy myłam w kuchni owoce na drugie śniadanie – zabrał szmatkę kuchenną i wcisnął do wąskiego wazonu, schowanego za szafką, to znów powyjmował buty Mikołaja i poukładał na stole, wykorzystując chwilę, gdy opróżniałam zmywarkę. Moment, jaki był potrzebny na przygotowanie łóżeczka do snu – wykorzystał na samodzielne rysowanie po podłodze. Resztkami sił wyczekiwałam pory drzemki. Jeszcze tylko nocniczek i „ coś innego” bo Igi, ucząc się korzystać z nocnika, musi czymś się bawić. I to nie tradycyjnymi zabawkami, bo te kompletnie nie interesują naszego syna. Czas ten poświęca na zapoznawanie się z przeróżnymi sprzętami. „Coś innego” tym razem oznaczało tatusiową maszynkę do golenia. Ci, którzy twierdzą, że opieka nad dzieckiem to sielanka, zapraszam do mnie 😉 Gdy przygotowywałam mu czystą pieluchę – wykorzystał moment, by do zapełnionego już nocniczka (tak Ignasiu, brawo, brawo!) wrzucić maszynkę… Tylko proszę mi się tu nie śmiać!

Powrót Mikołaja rozpromienił twarz wyspanego już małolata. W szampańskim nastroju biegał za bratem, by pomóc mu przebrać się i zaprosić do pokoju na zupę. Starszy brat jednak nie był zainteresowany maluchem…

Ogórkowa rozbudziła kreatywność Mikołaja, który oznajmił, że na popołudnie zaplanował budowanie z lego starożytnego Egiptu, odwiedziny u Dziadków, a potem oglądanie programu na Discovery Historia. Na pytanie, kiedy zamierza zrobić lekcje tylko prychnął. Nie chcąc być wyrodną matką pozwoliłam na zabawę lego. Po półtorej godziny wkroczyłam, by zacząć realizować akcję „lekcje”. No i zaczęło się. W jednej chwili z Mikołaja uleciało powietrze. Stał się nagle znudzony, ospały, apatyczny. Matematyka i reszta zadań, które w normalnych warunkach zajęłyby pewnie godzinę, tym razem trwały w nieskończoność. Rozwiązując zadanie, zamiast w zeszyt, patrzył nieobecnym wzrokiem na ścianę. Na pytanie o to, jaka część mowy odpowiada na pytanie „co robi?” spojrzał na mnie tak, jakbym namawiała go do złego. Po kilku takich i podobnych sytuacjach irytacja i nerwy, jakie wzbudziły, doprowadziły mnie do czerwoności. O zabawie z Ignacym czy domowych obowiązkach nie było tego dnia nawet mowy. To zniechęcenie pomieszane z lenistwem doprowadziło mnie do wrzenia. A gdy jeszcze przy otwarciu szafy z książkami i zeszytami cała sterta wrzuconych niedbale podręczników wysypała mi się pod nogi – nie wytrzymałam. Po krótkiej acz treściwej rodzicielskiej burze oznajmiłam nadchodzące zmiany. Koniec z pomaganiem, przygotowywaniem, pospieszaniem, myśleniem za niego. Koniec i kropka. Zamiast tego budzik ustawiony na szóstą i samodzielna pobudka. Bez ponaglania i zwracania uwagi na to, że płynie czas. Samodzielne szykowanie śniadania (tak, podam gorącą herbatę). Będziemy wychodzić do szkoły, gdy będzie gotowy i poprosi mnie, by go zaprowadzić. Nie przygotuje II śniadania? Nie będzie go jadł. Nie spakuje butów na zmianę? Nie będzie ich miał. Nie poświęci czasu na zabawę z bratem? Nie zdążę ugotować obiadu i będzie chodził głodny. Kiedy to mu oznajmiałam, patrzył na mnie z tym swoim nastoletnim, cynizmem podszytym uśmiechem, który u każdego rodzica powoduje wzrost ciśnienia. Pewnie myślał, że i tym razem mama ulegnie, odpuści. Może myślał, że wieczorne przytulenie i uściskanie strapionej mamusi załatwi sprawę. Oj, grubo się przeliczył…

Ale, ale kiedy późnym wieczorem dzieci już smacznie spały, rozmawiając z Marcinem zaczęłam powoli mięknąć. No bo może zbyt srogo, może zbyt wiele… Marcin tylko spojrzał na mnie wymownie… Westchnęłam i poszłam nastawić Mikołajowi budzik…

Kolejnego dnia zerwałam się o szóstej. Właśnie swoje melodyjki zaczęła wygrywać komórka Mikołaja. Nie minęła chwila, a mój syn wydając dźwięki przypominające lokomotywę parową powoli zaczął się podnosić z łóżka. Po porannej toalecie przydreptał do kuchni i… (sic!) zaczął szykować śniadanie (tak tak, wcześniej pokroiłam chleb i wędlinę, przyniosłam sery i pomidory…). Przygotował cztery kromki i sam zaniósł do pokoju. Z drżeniem serca patrzyłam, gdy to robił, bo mam świadomość, że gdy jest rozespany, prawa ręka płata mu figle. Tego dnia okazało się, że w sobie znany sposób potrafił ją ujarzmić.
A moja bezwzględność była tego ranka spora. Ponieważ Ignaś jeszcze spał, przykryłam się kocem i siedziałam na kanapie patrząc na Mikołaja. Mierzyliśmy się wzrokiem, wzajemnie nie dowierzając temu, co się dzieje. Pomoc ograniczała się jedynie do przelewania gorącej herbaty. O dziwo, ani raz nie musiałam przypomnieć o upływającym czasie! Mimo powiek, które przez pewien czas opadały mu na oczy, potrafił sprężyć się tak, że o 7.15 w pełnym rynsztunku. Z plecakiem na ramionach i uśmiechem od ucha do ucha czekał na mnie w przedpokoju.
Po przyjściu ze szkoły i uporządkowaniu swoich rzeczy przybiegł do Ignasia. Przez ponad godzinę przepięknie bawili się w sklep. Potem było szykowanie do obiadu, zbieranie wyschniętego już prania. I obaj dzielnie pomagali mi w tym. W spokoju i z prędkością błyskawicy odrobione lekcje utwierdziły mnie w przekonaniu, że rewolucja miała sens. Nic jednak nie mówiłam, czekałam do końca dnia… A tu i kolacja była niespodzianką, bo nasz syn samodzielnie ją sobie przygotował. Ba, i znalazł czas na wieczorną zabawę z bratem. Zadowolony i dumny z siebie położył się spać.

Następny dzień przyniósł niespodziankę. Marcinowi coś się pomyliło i zamiast o szóstej obudził mnie pół godziny później… Pewnie wiecie, co przy dwójce dzieci to oznacza… W związku z tym, że i Mikołaj tego ranka nie usłyszał budzika, rytm poprzedniego dnia został zachwiany. W dość dużym tempie trzeba było szykować trzy śniadania (Mikołajkowi na już i do szkoły, no i Ignasiowi, który tego ranka postanowił też z nami wstać). Pospieszanie Mikołaja mieszało się z krzykami Ignasia i marudzeniem obu braci. No i cały dzień był nie taki, jak poprzedni. Wieczorem, kiedy przy kolacji rozmawialiśmy już we troje, Mikołaj przyznał nam, że poprzedni dzień był znacznie lepszy. Bez poganiania i nerwów, bez marudzenia i kwaśniej miny. Jakoś bardziej chciało się żyć. Wspólnie podjęliśmy więc decyzję o kontynuacji akcji „SAM”.

Kolejnego dnia znów trochę zaspałam… O 6.10 pobiegliśmy z Ignasiem budzić Mikołaja. Pokój był pusty. Roześmiany Mikołaj siedział już w salonie…

Ta rewolucja przyniosła szereg pozytywnych zmian. Już od przeszło tygodnia Mikołaj wziął więcej spraw w swoje ręce. Szykuje posiłki, pomaga, bawi się z bratem. Pół godziny snu mniej zaowocowało porannym spokojem i brakiem nerwów. Samodzielne, czy też wspólne przygotowywanie posiłków dało większą wiarę w swoje możliwości i tak nastroiło, że więcej mu się chce. Okazało się też, że taki mały brat może być świetnym kompanem do zabawy, zwłaszcza, gdy umie mówić i wszystko rozumie w lot. I choć lekcyjne fochy czasem są silniejsze od niego, krótka rodzinna burza oczyszcza atmosferę.

I znów okazało się, że stara, sprawdzona metoda naszych mam i babć działa;) Miłość to nie tylko głaskanie i potakiwanie. To nie bezstresowe wychowanie (czytaj: oczywiście, rób co chcesz), tylko wzięcie odpowiedzialności za wychowanie dzieci i takie pokierowanie nimi, by chciało im się chcieć. To rozmowy, rozmowy bez końca i tłumaczenia, które wszystko wyjaśniają. I te najważniejsze słowa. „Jestem na Ciebie zła, nie podoba mi się Twoje zachowanie, ale kocham Cię nad życie. I dlatego będę wymagała.”

4 komentarze

  • Reply
    Asia
    2 października 2018 at 08:05

    A to Ignacy a jak się udało doprac tapicerkę waszej nowej sofy?

    • Reply
      Ola Marzyńska
      2 października 2018 at 10:57

      Asiu, Ty nie pytaj jak, tylko szykuj odkurzacz piorący!

  • Reply
    Ewa
    2 października 2018 at 12:06

    Fantastyczna relacja z dnia codziennego Mamy, która, „NIE PRACUJE” i siedzi!!!,w domu.

    • Reply
      Ola Marzyńska
      2 października 2018 at 13:27

      Ewo, wiesz, jak to jest;) Ale nie narzekam. Mam kupę wolnego czasu od 22.30 do pierwszego budzenia;)

    Dodaj komentarz