dom od kuchni Główna

W POSZUKIWANIU WSPOMNIEŃ

Nie ma nas bez marzeń i snów. Nie ma bez czerpania z przeszłości i patrzenia w przyszłość, z bagażem dobrych chwil. Nie ma bez wspomnień.

Nasz dom przesycony jest tym wszystkim. Wspomnieniem chwil, ludzi i zdarzeń. Marzeń, które każą wybiegać w przyszłość i tych, które pozwalają śnić.
Dom. Mój dom pełen jest duchów przeszłości. Tu z każdego kąta wygląda pamięć uśmiechu, zabawy, czasem smutku i łez. Unosi się wspomnienie rodziny, która od pokoleń żyła razem, trzymała się mocno, tak co sił, mimo lepszych i gorszych dni.

***
„Oleńko, chodź do pokoju, zjemy zupkę” – dobiega głos Babci Marysi. „Ale ja nie chcę, nie lubię cytrynowej” – mówię głosem, w którym czai się płacz. Babcia chwyta mnie za rękę i prowadzi do kanapy. Siadam. Przede mną kuca ona i z talerzem cytrynowej z grzankami próbuje zachęcić do jedzenia. „Kochanie zjedz, choć troszkę” – mówi. Chlipiąc pod nosem próbuję jedną łyżkę ulubionej dziś zupy. „To jest niedobre, Babuniu nie chcę”. I wtedy moje wołanie do niebios o ratunek zostaje wysłuchane. Pęka żarówka w lampie i rozsypuje się na tysiące kawałków. Zrządzenie losu. Cytrynowa ląduje w zlewie…

Dziadziuś Sylwuś. Małomówny, skryty. Z siwymi włosami zaczesanymi na bok. W kraciastej koszuli i szarych spodniach. W otwartym oknie trze chrzan przed świętami. Ciekawska sześciolatka wkłada nos między tarkę a miskę, w której bieleje starty korzeń. Przenikające oczy, nos i gardło diabelskie pieczenie na długo pozostaje mi w pamięci…

Codzienne przekonywanie do pójścia do zerówki… Tylko jak tam iść, skoro w domu ukochana Babcia i Dziadek? Jak zostawić ich dom, pachnący spokojem i bezpieczeństwem i pójść tam, gdzie nikt nie przytuli, nie ucałuje, nie spojrzy? Jak na ścięcie idę z Babcią drogą do przedszkola. W szatni obie płaczemy. Wtulone w siebie, postanawiamy, że i ten dzień spędzimy razem. Z rączką w ciepłej dłoni Babci wracam do domu. To tu jest moje miejsce. To tu jest mój dom…

Uśmiechnięty, podśpiewujący pod nosem Dziadziuś krząta się w kuchni. Gotuje zupę. Z kartofelkami, ze skwarkami. Pachnącą, aromatyczną. Taką, której smak zostaje w pamięci na całe życie…

Spakowany termos z herbatą z cytryną, koc, kanapka. No i lalka Dorotka. Ukochana, uwielbiana laleczka z długimi włosami… Idziemy na łąkę. W ciepłe dni spędzamy z Babcią czas wśród traw i polnych kwiatów. Patrzymy na szybujące ptaki, wsłuchujemy w odgłosy pszczoły i pasikonika… „Ta Dorotka, ta malutka, ta malutka” – śpiewa Babcia…

Nie lubią, gdy idę sama z koleżankami na religię. Za daleko. Przez całe osiedle. Wyglądają przez okno i czekają niecierpliwie na mój powrót. A tu dmuchane fotele i stół, o których opowiadała koleżanka, podziałały na wyobraźnię dziesięciolatki. Nie umiałam odmówić, gdy mnie zaproszono. Oszołomiona takimi sprzętami nieśmiało siadam w kolorowych miękkich meblach. Czas przestaje dla mnie istnieć. Gdy nasycona widokiem niecodziennych sprzętów żegnam się z koleżanką, nawet nie przypuszczam, ile czasu minęło. To jedyny raz, gdy widzę zdenerwowanego Dziadka. Jedyny raz podnosi na mnie głos…

Wyglądam przez okno. Widzę ich. Idą od strony przystanku autobusowego. Wracają do domu trzymając się za ręce. Ich widok wzbudza zainteresowanie. To rzadkość, by ktoś – w tym wieku – okazywał sobie uczucie.

Nie ma Dziadka. Odchodzi, gdy mam 13 lat. Zostaje Babcia…

Szósta rano. Budzimy się i dom wypełnia się naszymi głosami: „Mamusia, gdzie jest moja szczotka?” „Asiu, Oleńko, zjedźcie śniadanie, nie wychodźcie z domu na czczo!”, „Aśka, pospiesz się, muszę do łazienki!”, „Dziewczyny nie kłócić się!”. I pukanie do drzwi. W progu staje Babcia. Tak, jak co dzień. Uśmiechnięta, radosna. Przepełnia dom zapachem Massumi i miłości. W nieśmiertelnym fartuszku narzuconym naprędce na ubranie. Nasza Babcia. Babunia. Siada w kuchni i przygląda się z uśmiechem zamieszaniu. Raz po raz uspokaja rozdrażnione dziewczyny. Wychodzimy. Zawsze patrzymy w okna. Zawsze stoi i macha do nas. Nasza Babcia… Gdy wracamy znów jest u nas. Dom przenika zapach ciepłej pomidorowej i sosiku, przygotowanego w srebrnym garnku, z kawałkiem chleba, by zmiękło mięso… Potem, po latach, odtwarzam w kuchni te specjały…

Oświadczyny. Marcin przejęty puka do naszych drzwi. Za chwilę wszyscy idziemy do Babci, która już z trudem porusza się między piętrami w bloku. Mój przyszły Mąż wyciąga cztery bukiety kwiatów. Jeden dla mnie, jeden dla Mamy, dla Asi i Babci. To tu, przy niej, prosi mnie – już oficjalnie – o rękę….

Babunia. Zawsze z nami, zawsze wśród nas… Pojawia się prawnuk. Pierwszy prawnuk. Wyczekiwany. Już leżąca, w domu moich Rodziców, cieszy się, gdy niespełna roczny Mikołaj skacze po jej materacu przeciwodleżynowym. Upaja się widokiem dziecka piszczącego radośnie wniebogłosy.

Odchodzi cicho. Brak. Tak bardzo brak. Brak jej miłości i ciepła. Brak zapachu Massumi i drożdżowego ciasta. Brak czułego uścisku i pocałunków. Brak wtulania się w jej szyję…

A życie toczy się dalej…

„Mikołajku, chodź, nalałam ci zupkę. Jarzynowa” – mówi Babcia Halinka. „Ale ja nie chcę, nie lubię” – płaczliwym tonem oznajmia mój syn.

„Ignaś, nie dotykaj tego, spadnie i potłucze się” – ostrzega Dziadek Andrzej. „Dzadzuńku, spróbuję” – oznajmia z szelmowskim uśmiechem Ignaś.

Najwspanialsze paszteciki, cudowne skrzydełka – Babcia szaleje szykując specjały dla wnuków. Zawsze uśmiechnięta, wpatrzona we nie jak w obraz. Troskliwa, pełna miłości.

Huśtawki, karuzele i rozmowy. Długie spacery. Odprowadzanie do szkoły i z powrotem. Dziadek, ukochany Dziadziuś każdą chwilę spędza z wnukami.

***
I tylko stary serwis ślubny moich dziadków, z zadumą patrzy zza kredensowych drzwi na nowe pokolenie biegające z uśmiechem u jego stóp. Już niebawem wymyty znów zagości na wigilijnym stole. Ten symbol, ten znak sprawia, że Ci, którzy odeszli są wciąż wśród nas.

***

Nie wyobrażam sobie życia bez rodziny. Bez najbliższych, którzy wypełniają każdy kąt. I choć może ktoś uznać, że w wieku 42 lat już dawno powinnam odciąć pępowinę, nie zamierzam tego zmieniać. Dobrze mi z tym. Cieszę się jak dziecko dzieląc z Rodzicami dobrymi wieściami i płaczę niekiedy w ich ramię. Czasem ranię, by potem, ze złości na samą siebie, wymyślać sobie od najgorszych.
Nie chcę myśleć o domu moich dzieci, w którym nie byłoby Dziadków. Oni muszą tu być. To oni uczą moich synów najważniejszych prawd, to oni uczą, jak żyć. Dają miłość i oparcie. Ciepło. To oni są gwarancją szczęścia i radosnych wspomnień. Beztroskiego dzieciństwa przesiąkniętego śmiechem i zabawą.

Taki jest mój dom. Wielopokoleniowy.

Szczęście ma wiele imion. Można odmieniać je przez różne przypadki.

 

3 komentarze

  • Reply
    Asia
    11 listopada 2018 at 11:56

    Najukochansza babcia -babcia Marysia!!!!wspaniałe wspomnienia!!!!tak mi jej brak…..najbardziej boli to,ze gdy odeszła byłam tak daleko.

    • Reply
      mama
      11 listopada 2018 at 13:06

      Córko ,milości nie przeszkadza odległość.Wasza
      Babunia zawsze Była przy Was,❤Ja też miałam wielkie szczęście żyć z taką Mamusią-Teściową …i boleje,że tak krótko.

    • Reply
      Ola Marzyńska
      11 listopada 2018 at 20:11

      ❤❤❤

    Dodaj komentarz