Główna noce i dnie

O MIESIĄCU, CO NIE CHCIAŁ SIĘ SKOŃCZYĆ

Czasem tak jest. Po miesiącach, które płyną tak szybko, że nawet wiadomo kiedy mijają, nadchodzą takie, które nie chcą się skończyć. Tak było i w tym przypadku. Listopada mocno dał nam w kość, wlókł się jak żółw i wciąż nie chciał powiedzieć dość.

Nic nie zapowiadało kłopotów. Dzień jak co dzień. Szkoła, potem ogarnięcie mieszkania, śniadanie… Tylko Igi tego dnia rozbrykany do granic możliwości. I mimo próśb i gróźb, mimo zabawiania, wymyślania tysięcy atrakcji ani myślał przerwać bieganie po domu. W końcu stało się to: za wcześnie rzucił się na łóżko i uderzył nosem w jego drewnianą obudowę. Zakrwawiony nos, grochy łez i ogromny płacz, który natychmiast rozległ się po całym domu nie wróżył niczego dobrego. Igi nie pozwolił się dotknąć. Świadoma tego, co oznacza takie uderzenie z trudem opanowywałam drżenie rąk. Płaczącego wniebogłosy ubrałam i pojechałam na dziecięcy SOR na katowicką Ligotę. A tam, pięć godzin oczekiwań… Na szczęście cierpliwość została nagrodzona – tylko mocne stłuczenie, które owszem, dodało sino-żółtego koloru części twarzy, ale nie wprowadziło większego spustoszenia. Nos pozostał na swoim miejscu. Bez sił, ale już uspokojeni wracaliśmy do domu.

Kilka dni przerwy i… masz ci los! Pojawia się zawsze albo przed weekendem albo przed świętami. Zawsze wtedy, gdy nasza pediatra właśnie skończyła przyjmować pacjentów albo gdzieś wyjechała. Tym razem (znów) przyszła bez zapowiedzi. W wigilię Halloween.

Późnym popołudniem okazało się, że na następny dzień Mikołajowi potrzebne jest przebranie. Ponieważ – po nadmiarze ostatnich wrażeń – nie miałam już weny twórczej, postanowiłam pójść na łatwiznę i zaopatrzyć się w uroczy kapelusz czarodzieja w pobliskim markecie. Wracając z zakupami, udzielił mi się głupkowaty nastrój nadchodzącego amerykańskiego święta i – nie bacząc na to, że mogę minąć się w korytarzu z którymś z sąsiadów – nie tylko włożyłam na głowę uroczy kapelusz, ale i na swój kształtny noc (a co, ma się taki!) założyłam włochaty nochal czarownicy. Drzwi otworzył mi Marcin. Nie wiem, nie wiem, czy bardziej on się przestraszył, czy ja. W jego oczach czaił się strach… Tego przerażenia pozbawione za to było nasze najmłodsze dziecię, które jak tylko weszłam – w swoim przeświadczeniu nie do poznania – toto małe, uroczo szczebiocąc, podbiegło do mnie krzycząc „,Mamunia”. Co do strachu w oczach Marcina – ten stan w okamgnieniu wyjaśnił się. Poważnym głosem oznajmił: „Temperatura”. I nic nie trzeba było więcej. Mikołaj leżał w pokoju z wzrokiem, który oznaczał tylko jedni: mocno poturbowanego zawodnika. No i stało się – termometr wskazywał 38 stopni. Jak typowa matka-polka sięgnęłam do domowego zestawu leków. Wśród pozostałości po poprzednich chorobach wygrzebałam te, które na ten moment powinny się przydać. Z odmętów kuchennej szafki wydobyłam też zrobiony latem sok malinowy, przywieziony z Bukowiny miód i sok z białego bzu od Asi. Pewna tego, że naprędce zebrany stosik uzdrawiaczy szybko postawi Mikołaja na nogi, z lżejszym sercem układałam chłopców do snu. A tu niespodzianka! Noc dała nam popalić. Ciche ”Mamoooo” kilka razy zrywało mnie na równe nogi. „Mamooo pić”, „Mamooo gorąco”, „Mamoooo zimno”, „Mamoooo a czy możesz ze mną spać?” I tak do szóstej, bo o tej porze wstał już Ignaś i skończył się monopol Mika na „Mamooo”. Halloween miałam jak się patrzy. Upiory, strachy i potwory występujące w postaci mikołajkowej choroby wyczerpały nas doszczętnie, a ponieważ – jak na złość – wieczorem zostałam z dziećmi sama (tradycyjnie w przededniu Wszystkich Świętych zaczynamy odwiedzać groby najbliższych), ta dawka wycieńczenia podwoiła się. Toteż, kiedy kąpiąc Ignasia, usłyszałam pukanie do drzwi zwiastujące nadejście dzieci hołdujących nowej tradycji, tylko westchnęłam głęboko. I choć z wielką przyjemnością dałabym cukierka – bo psikus nie wchodził w grę – i z ogromną radością spojrzałabym na ich uśmiechnięte pysia, tym razem, mając Ignasia pod prysznicem, nie umiałam się rozdwoić. O, gdybym tylko wiedziała, że przyjdzie mi za to słono zapłacić… Gdy Igi słodko już spał, a Miki ze zbitą gorączką do 37,8 powoli odpływał, wrócił Marcin. „Dlaczego nie wpuściłaś dzieci? Nie chciałaś pokazać dzieciom przebierańców?” – zapytał na wejściu mąż. „To teraz się wstydź” – dodał i zamachał mi stertą żółtych karteczek z napisem „Sknera”, które ściągnął z naszych drzwi. No i miałam się z pyszna…
Następne dni (i noce) nie należały do najlepszych. Trawiąca Mikołaja gorączka nie chciała odpuszczać ani na moment a uporczywy kaszel dodatkowo komplikował i tak już ciężkie – z racji temperatury – życie. I choć – już po wizycie w przychodni – wyposażona w stosik leków powinnam spokojnie czekać na ozdrowienie, spokój nie chciał zalać mojej duszy. Temperatura za żadne skarby nie chciała spadać. Podawane leki nie przynosiły zmian, toteż konieczne były chłodne okłady, by zbić temperaturę.
Stało się oczywiście to, co było łatwe do przewidzenia. Małżeńskie łoże zamieniłam na łóżko Mikołaja. Wygodę – na spanie w nogach, urozmaicone kopniakami i notoryczną obawą przed spadnięciem. Każdy, kto nie raz był w podobnej sytuacji przyzna, że madejowe łoże w porównaniu ze snem w takich warunkach, to czysta rozkosz. Oprócz warunków, niemniej istotnym elementem jest też ilość snu, a właściwie jego brak, bo z chwilą, gdy nad ranem jeden, po ciężkiej nocnej walce z chorobą zasypia, drugi budzi się i zdecydowanym głosikiem oznajmia „Mamunia wstajemy”. No i zaczyna się dzień jak co dzień, okraszony wzrostem i spadkiem temperatury, marudzeniem to jednego, to drugiego brzdąca.

W przypadku dziecka z dodatkowymi problemami (MPD, epilepsja), chorobowe zmagania są trudniejsze. Tu gorączka, oprócz typowych uciążliwości dostarcza jeszcze jedno – strach przed tym, by nie pobudziła i tak już rozedrganego organizmu… Kiedy Mikołajek miał 3-4 latka jego mowa pozostawiała bardzo wiele do życzenia, była niezrozumiała, toporna, przypominająca w dźwięku obracane koło zębate. Wówczas wyższa temperatura oznaczała, że ten jeden raz usłyszymy jego prawdziwy głos. Nikt, kto nie tego nie doświadczył nie wie, czym jest usłyszeć normalnie brzmiący głos swojego dziecka. Miły dla ucha, słodki dziecięcy głosik… Z biegiem lat, gdy do bagażu doświadczeń los dorzucił nam epilepsję, wyższa temperatura zaczęła siać postrach. Zapomnieliśmy o dziecięcym głosiku i upajaniu się – mimo powag sytuacji – jego brzmieniem. Zaczęliśmy drżeć, by nie wywołała ataku, by nie spowodowała dodatkowych cierpień Mikołajka.

Tegoroczny wirus przyniósł koszmarne 40 stopni gorączki trwające nieprzerwanie siedem dni. A potem kaszel, który budził sąsiadów na wszystkich piętrach. Na szczęście po dwutygodniowej walce z bezlitosnym wirusowym intruzem wygoniliśmy go za drzwi, choć Mikołaj do dziś uroczo kaszle…

Ufff. Wszystko wraca do normy – pomyślałam, gdy Mikuś poszedł do szkoły po chorobie. A wiecie jak to jest, gdy coś wypowie się na głos…

No i stało się coś kolejnego dnia. Brykający Ignaś, który po zakończonych wygłupkach z mamą i babcią już miał schodzić z łóżka, nagle zrobił półobrót, mignęła w powietrzu jego noga i… uderzył głową w kaloryfer. Płacz mieszał się z krzykiem „nie tykaj!”. I znów okłady (mam już zapas żelowych kompresów w zamrażalce), znów strach, czy czegoś sobie nie zrobił, znów płacz i siniak na głowie.

Nie, nie byłam zmęczona po tym wszystkim. Miałam po prostu tak wszystkiego dość, że marzyłam tylko o tym, by wyrwać się na koniec świata.

Następnego dnia dostałam 39. Wirus dopadł i mnie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz